Świat się kończy! (czy na pewno?) O proroctwach apokaliptycznych i naszym dziwnym przywiązaniu do końców

Zauważyliście, że koniec świata zdarza się… co kilka lat? Raz w kalendarzu Majów, raz w przepowiedniach kolejnych proroków. Innym razem w raportach o zmianach klimatycznych czy wizjach przejęcia świata przez sztuczną inteligencję. Jako psycholog i ktoś, kto od lat popularyzuje wiedzę o tym, jak działa nasza psychika, mam wrażenie, że apokalipsa to nasz ulubiony serial. Co odcinek mamy nowe zagrożenie. Teraz przed nami nowe proroctwo i raczej (?) ten sam finał. Wielka asteroida zmierza ku nas z kosmosu? Nie pierwszy raz. Tymczasem… świat trwa nadal, a my – zaskoczeni – zaczynamy czekać na kolejny sezon.

Dlaczego tak łatwo dajemy się wciągnąć w te historie?

Psychologia od dawna bada fenomen wiary w apokaliptyczne przepowiednie. Klasyczne eksperymenty Leona Festingera z lat 50. pokazują, jak działa mechanizm redukcji dysonansu poznawczego. Jeśli ktoś porzucił pracę, sprzedał dom i zerwał relacje, by przygotować się na koniec świata, to w momencie, gdy świat… jednak nie zniknie, uznanie błędu byłoby zbyt bolesne. Dlatego wiara w przepowiednię nie tylko się utrzymuje – ona się wzmacnia. Członkowie badanej sekty po „niespełnionym końcu” zaczęli jeszcze głośniej głosić swoją misję, tłumacząc, że to właśnie ich wiara ocaliła ludzkość.

Badania, które fascynują i niepokoją

W kolejnych dekadach badacze opisali setki podobnych przypadków. Podczas zimnej wojny w USA wybuchła moda na budowanie schronów; dziś, gdy rozmawiam z młodymi ludźmi, lęki apokaliptyczne dotyczą raczej zmian klimatycznych i technologicznych. Co ciekawe, motywy te powtarzają się w różnych kulturach – zmieniają się jedynie „bohaterowie” zagłady. W średniowieczu był to gniew Boży, dziś często mówimy o AI, meteorytach czy wirusach z laboratoriów. Ale emocje? Te same: lęk, poczucie utraty kontroli i – paradoksalnie – ulga, że przynajmniej „wiemy, co nas czeka”.

Moje spojrzenie jako psychologa

Jako psycholog widzę w tym zjawisku dwie rzeczy naraz: dramat i nadzieję. Dramat, bo wiara w proroctwa końca świata potrafi zniszczyć życie – znam historie osób, które w imię apokaliptycznej wizji oddały majątki sekcie albo zerwały więzi z rodziną. Nadzieję, bo czasem ta sama narracja skłania ludzi do refleksji: „skoro świat się kończy, co jest dla mnie naprawdę ważne?”. Spotkałem osoby, które właśnie dzięki temu dokonały wielkich, pozytywnych zmian – odbudowały relacje, zaczęły dbać o planetę, zrozumiały, że chcą żyć pełniej tu i teraz.

Skąd bierze się ta potrzeba końca?

Nie chodzi tylko o lęk przed śmiercią. Proroctwa apokaliptyczne nadają sens w chaosie. Kiedy wokół wszystko wydaje się nieprzewidywalne – kryzysy, wojny, pandemia – łatwiej uwierzyć w prosty scenariusz: „to koniec, ale przetrwają nieliczni wybrani”. To daje poczucie kontroli: wiem, do której grupy chcę należeć. Badania pokazują też, że grupy apokaliptyczne oferują silne poczucie wspólnoty – a nic tak nie cementuje więzi jak przekonanie, że „my przetrwamy, a oni nie”.

Co robić, gdy ktoś wierzy w koniec świata?

Po pierwsze – nie wyśmiewać. Dla osób żyjących w takiej narracji to realne emocje: strach, ale i nadzieja. Po drugie – pytać: „co ta wizja mówi o twoim życiu tu i teraz?”. Często lęk o przyszłość kryje lęk przed teraźniejszością: utratą pracy, kryzysem relacji, poczuciem braku sensu. W swojej pracy widzę, że rozmowa o „końcu świata” bywa początkiem rozmowy o „początku życia na nowo”.

Czy powinniśmy ignorować proroctwa?

Nie. Czasem za nimi kryje się prawdziwy problem – jak zmiany klimatyczne czy rozwój technologii bez kontroli. Ale zamiast czekać na cudowną katastrofę albo cudowne zbawienie, możemy działać tu i teraz. To bardziej odpowiedzialne i mniej stresujące. Mówiąc prościej: zamiast kupować bilet w jedną stronę na Marsa, warto dziś zadbać o własne relacje, środowisko, zdrowie psychiczne. To jedyne rzeczy, które mamy naprawdę w rękach.

Pisząc o końcach świata, mam zawsze w głowie jedno zdanie: każdy koniec jest też początkiem. Kończy się jedna epoka, zaczyna kolejna. I może właśnie to – paradoksalnie – przyciąga nas do apokaliptycznych wizji. Przypominają nam, że życie jest kruche i że warto przeżyć je naprawdę, zanim nastanie ten nasz prywatny prywatny i jedyny prawdziwy koniec.

Pomoc w zasięgu wzroku.

A jeśli czujesz, że lęk przed apokalipsą – czy to klimatyczną, religijną, czy technologiczną – zabiera ci spokój, pamiętaj: zawsze można o tym porozmawiać. Jako psycholog wiem, jak trudne bywa życie w cieniu „końca świata”. I wiem też, jak bardzo pomaga zwykła, spokojna rozmowa o tym, co tu i teraz. W razie potrzeby – służę pomocą.

Share this content:

Opublikuj komentarz