Wczytywanie teraz

Walentynki bez lukru

Dlaczego 14 lutego to nie tylko serduszka

Co roku w okolicach 14 lutego dostaję od czytelników i klientów podobne wiadomości. Jedni pytają, jak „zrobić romantyczny wieczór”, inni jak przetrwać dzień, który przypomina im o samotności, rozstaniu albo o tym, że miłość nie zawsze leczy wszystko. I wtedy wraca do mnie mniej oczywista twarz Walentynek. W tradycji europejskiej św. Walenty funkcjonuje nie tylko jako symbol miłości, lecz także jako postać łączona z cierpieniem neurologicznym i psychicznym.

To ważne, bo historia św. Walentego w swojej kulturowej wersji mówi nam nie tylko o zakochaniu, ale też o tym, jak społeczeństwa próbowały rozumieć cierpienie, którego nie umiały nazwać. A ja, jako dziennikarz i psycholog, widzę tu przestrzeń na psychoedukację. Chodzi mi o to, żeby romantyczna narracja nie przykrywała ludzi, którzy w Walentynki czują się „niepasujący”, „zepsuci”, „gorsi”. Właśnie ich czasem nazywa się z przekąsem „obłąkanymi” i właśnie o nich też powinno się mówić.

„Choroba św. Walentego”: kiedy napad stawał się opowieścią o duchach

W średniowiecznych i wczesnonowożytnych opisach pojawia się termin „choroba św. Walentego” (valentinus-krankheit). Bywał on używany wobec epilepsji, schorzenia długo interpretowanego w kategoriach nadprzyrodzonych (Kanner, 1930; Panteliadis et al., 2017). To dziś brzmi jak archiwalna ciekawostka, ale w praktyce miało realne konsekwencje. Bo jeśli społeczność wierzyła, że napad jest znakiem „opętania” albo „kary”, to osoba chora mogła zostać wykluczona, zawstydzona, nawet „leczona” przemocą lub rytuałami zamiast medycznej pomocy.

Jednocześnie i tu historia robi się bardziej złożona, kult świętych-orędowników (w tym Walentego) nie był wyłącznie narzędziem stygmatyzacji. Historycy medycyny pokazują, że współtworzył on społeczne wyjaśnienia napadów, a zarazem praktyki opieki i wykluczenia (Murphy, 1959; Diamantis et al., 2010; Kluger & Kudernatsch, 2009). Innymi słowy: ta sama kultura potrafiła jedną ręką odsuwać, a drugą przygarniać. To napięcie, między lękiem a troską, widzę do dziś.

Stygmatyzacja i wsparcie: chrześcijaństwo, epilepsja i mit „opętania”

Współczesne przeglądy podkreślają, że relacje chrześcijaństwa z epilepsją obejmowały zarówno stygmatyzację (demonizacja), jak i strategie wsparcia. Były to m.in. pielgrzymki, rytuały, wspólnota, nadzieja (Mameniškienė et al., 2022; Bone & Dein, 2021). I tu dochodzimy do sedna psychoedukacji. Ja nie walczę z wiarą. Ja walczę z mitem, który krzywdzi, że choroba neurologiczna jest „winą”, „złem” albo „brakiem moralności”.

„Agnieszka” (dane zmienione) przyszła do mnie po tym, jak jej brat dostał diagnozę epilepsji. W domu rozpętało się coś, co pacjenci często nazywają „cichą paniką”. Ktoś rzucił, żeby iść „do księdza”. Ktoś inny powiedział, „Nie mówmy sąsiadom”. A potem padło zdanie, które mnie zabolało najbardziej. „Niech on się lepiej nie zakochuje, bo kto to udźwignie”.

I wtedy robię to, co robię w gabinecie i w tekstach. Rozbrajam „magiczne” interpretacje, nie odbierając ludziom sensu. Mówię, że epilepsja to stan medyczny, diagnozowany i leczony. Można wierzyć, można się modlić, można prosić o wsparcie wspólnotę, ale to nie zastępuje leczenia. A zamykanie tematu wstydem sprawia, że cierpienie rośnie podwójnie. Raz w ciele, drugi raz w relacjach.

Walenty jako patron „chorób duszy”: kiedy ciało i psychika były jedną historią

W etnomedycynie śródziemnomorskiej Walenty bywa też wymieniany wśród patronów dolegliwości psychicznych. To pokazuje, jak płynne były dawne granice między „chorobą ciała” i „chorobą duszy” (Tomic & Salopek, 2012; Rumbaut, 1976). Dzisiejsza medycyna rozdziela specjalizacje neurolog, psychiatra, psycholog, terapeuta, ale człowiek tego tak nie przeżywa. Człowiek przeżywa siebie całościowo: atak paniki ma objawy „cielesne”, depresja boli „w kościach”, a choroba neurologiczna potrafi uderzyć w poczucie tożsamości, wstyd i więzi.

„Marek” (dane zmienione) mówił mi. „Jak mam napady lęku, to czuję się, jakbym wariował. A jak o tym mówię w pracy, to robi się cisza”. I tu nie chodziło o literalne Walentynki, ale o mechanizm społeczny. Bo kiedy ktoś odstaje od normy, ludzie często uciekają w żart, milczenie albo minimalizowanie. A to są strategie obronne otoczenia, nie realna pomoc.

W tym sensie św. Walenty jako figura „od tego, czego nie rozumiemy” jest psychologicznie ciekawy. Bo my też dzisiaj, mimo wiedzy mamy swoje „białe plamy”. To np. lęk przed diagnozą, przed słowem „psychiatra”, przed tym, że „jak zacznę leki, to już koniec”, przed stygmatyzacją. A to jest dokładnie to miejsce, w którym psychoedukacja powinna wejść w narrację o Walentynkach.

Walentynki jako wyzwalacz: samotność, porównania i ryzyko kryzysu

Święto 14 lutego może być dla części osób psychospołecznie trudne. Odnotowano związek daty z zachowaniami parasuicydalnymi, co uzasadnia włączanie do narracji elementów profilaktyki kryzysowej (Davenport & Birtle, 1990). I nie, to nie znaczy, że „Walentynki powodują” kryzys u każdego. To znaczy, że dla osób już obciążonych depresją, żałobą, przemocą w relacji, samotnością, zaburzeniami lękowymi, ten dzień bywa dodatkowym bodźcem.

„Natalia” (dane zmienione) opisała mi to tak. „Wszyscy mówią kochaj siebie. A ja w Walentynki nie umiem nawet wstać z łóżka. I czuję, że przegrywam życie”. To zdanie jest esencją mechanizmu walentynkowego. Społeczny przekaz brzmi „powinno być pięknie”, a wewnętrzne doświadczenie krzyczy „u mnie nie jest”. Zderzenie „powinno” z „jest” potrafi boleć bardziej niż zwykły dzień.

Dlatego, kiedy piszę o Walentynkach, zawsze dodaję jedno zdanie psychoedukacyjne. Jeśli ten dzień cię uruchamia, to nie dowód, że jesteś słaby. To sygnał, że twoja psychika próbuje ci coś powiedzieć. I czasem najlepszą walentynką jest rozmowa. Z kimś bliskim, z terapeutą, z lekarzem. Albo po prostu plan minimum, jak dobry posiłek, spacer…

Co robię w praktyce klinicznej: pytania o sens, nie o wstyd

W praktyce klinicznej warto pytać pacjentów o znaczenia religijne i symboliczne, bo mogą wzmacniać nadzieję, ale też utrwalać unikanie leczenia. Potrzebna jest współpraca z rodziną i duszpasterstwem. Ja to widzę bardzo konkretnie: wiara bywa zasobem (wspólnota, sens, rytm, nadzieja), ale czasem bywa też „tarczą” przed terapią („pomodlę się i przejdzie”) albo narzędziem wstydu („to kara”, „to za grzech”). Kluczowe jest nie ocenianie, tylko sprawdzanie, co dana interpretacja robi z człowiekiem.

Kiedy ktoś mówi mi: „Św. Walenty to mój patron, więc nie chcę leków”, nie kłócę się o patronów. Pytam: „Co by było, gdybyśmy potraktowali leczenie jako formę troski, a wiarę jako wsparcie emocjonalne?”. Często dopiero takie ułożenie pozwala ruszyć z miejsca bez poczucia zdrady własnych wartości.

Walentynki w wersji uczciwej

Jeśli mam zostawić czytelnika z jedną myślą, to taką, że Walentynki mogą być świętem miłości, ale miłość nie jest tylko euforią. Bywa też opieką w chorobie, cierpliwością w terapii, zgodą na leczenie, rozmową o wstydzie i wyjściem z samotności. A historia św. Walentego tego od zakochanych i tych „od dziwnych chorób” przypomina mi, że człowiek od zawsze próbował połączyć serce z tym, co niewytłumaczalne w ciele i psychice.

I może właśnie dlatego 14 lutego jest dobrym dniem, żeby powiedzieć, ze jeśli zmagasz się z epilepsją, lękiem, depresją albo kryzysem… Jesteś człowiekiem. A człowiek zasługuje na miłość, ale też na rzetelną wiedzę i realne wsparcie.

Korzystałem m.in. z:

Bone, I., & Dein, S. (2021). Religion, spirituality, and epilepsyEpilepsy & Behavior.
Davenport, S. M., & Birtle, J. (1990). Association between parasuicide and Saint Valentine’s DayBMJ.
Kluger, G., & Kudernatsch, V. (2009). St. Valentine—patron saint of epilepsy…Epilepsy & Behavior.
Mameniškienė, R., Puteikis, K., & Carrizosa-Moog, J. (2022). Saints, demons, and faith…Epilepsy & Behavior.
Tomic, D., & Salopek, I. (2012). Patron saints of mental illnesses…Zdravniški Vestnik.

Share this content:

Opublikuj komentarz