Wczytywanie teraz

Dotarłem i zgasłem

Błąd przybycia, czyli szczęście odłożone na później

Piszę ten tekst jako psycholog i dziennikarz, ale też jako człowiek, który wiele razy słyszał w gabinecie zdanie wypowiadane różnymi głosami, z różnym ciężarem i z podobnym rozczarowaniem. „Myślałem, że kiedy już to osiągnę, wreszcie poczuję spokój”.

Czasem chodziło o awans. Innym razem o ślub, rozwód, diagnozę, pieniądze, ukończenie studiów, przeprowadzkę, schudnięcie, wyjazd z kraju, otwarcie firmy, kupno mieszkania albo doczekanie chwili, gdy dzieci dorosną. Na zewnątrz wszystko wyglądało jak sukces. W środku pojawiała się pustka, zmęczenie, zaskakująca obojętność albo pytanie, które potrafi przeszyć bardziej niż porażka. „To już?”.

Właśnie tu zaczyna się błąd przybycia, po angielsku arrival fallacy, pojęcie spopularyzowane przez Tala Ben-Shahara, wykładowcę psychologii pozytywnej i autora książki „Happier”. To nie jest formalna diagnoza kliniczna. Nie znajdziemy jej jako osobnej jednostki w klasyfikacjach zaburzeń psychicznych. Jest to raczej trafna nazwa dla zjawiska, które psychologia zna z kilku mocnych obszarów badań.

Najprościej mówiąc, błąd przybycia polega na przekonaniu, że kiedy dotrę do określonego punktu, moje życie wreszcie stanie się dobre. „Kiedy schudnę, będę siebie lubił”. „Gdy zarobię więcej, przestanę się bać”. „Kiedy znajdę partnerkę, skończy się samotność”. „Gdy dostanę awans, poczuję własną wartość”. „Kiedy wyjadę, zacznę naprawdę żyć”.

Problem nie leży w samych celach. Cele są potrzebne. Potrafią organizować działanie, dodawać energii, porządkować chaos i pomagać wychodzić z bezradności. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy cel staje się psychologicznym zaklęciem. Człowiek przestaje widzieć drogę, relacje, potrzeby, ciało, zmęczenie i codzienność. Całe życie zostaje włożone do jednej walizki z napisem „potem”.

Jak działa pułapka przyszłego szczęścia

Kiedy rozmawiam z pacjentami o błędzie przybycia, często używam prostego obrazu. Człowiek idzie przez pustynię i widzi na horyzoncie fontannę. Przyspiesza, rezygnuje z odpoczynku, ignoruje pragnienie, mówi sobie, że jeszcze tylko trochę. Dociera na miejsce i odkrywa, że fontanna istnieje, ale nie jest oceanem. Daje ulgę, lecz nie zamienia życia w nieprzerwany stan zachwytu.

Mechanizm ma kilka warstw. Pierwsza to prognozowanie afektywne, czyli przewidywanie własnych przyszłych emocji. Ludzie robią to stale. Przewiduję, jak będę się czuł po rozmowie, po egzaminie, po urlopie, po sukcesie, po porażce. Badania pokazują jednak, że często przeceniamy intensywność i trwałość przyszłych reakcji emocjonalnych. Wydaje mi się, że awans da mi długotrwałą radość, a odrzucenie zniszczy mnie na miesiące. Życie bywa mniej teatralne. Emocje przychodzą mocno, ale potem zwykle miękną, rozlewają się w codzienności i ustępują miejsca kolejnym sprawom.

Druga warstwa to złudzenie ogniskowania. Kiedy koncentruję się na jednym elemencie życia, zaczynam nadawać mu przesadne znaczenie. Jeśli przez pół roku myślę głównie o mieszkaniu, zaczynam wierzyć, że własne cztery ściany rozwiążą wiele spraw naraz. Gdy skupiam całą uwagę na związku, mogę uznać, że relacja ma wyleczyć samotność, lęk, niską samoocenę i brak sensu. Skoro moja uwaga świeci jednym reflektorem, reszta sceny znika w ciemności.

Trzecia warstwa to adaptacja hedoniczna. Człowiek przyzwyczaja się do nowych warunków szybciej, niż zakłada. Nowy samochód pachnie przez chwilę. Nowe stanowisko ekscytuje przez kilka tygodni. Nowa sylwetka cieszy, ale po czasie staje się po prostu moim ciałem. Psychika aktualizuje normę. Wczorajszy luksus staje się dzisiejszym standardem.

Czwarta warstwa dotyczy tożsamości. Jeśli całe poczucie własnej wartości zostaje przywiązane do jednego wyniku, sukces może paradoksalnie odsłonić pustkę. Skoro osiągnąłem to, co miało mnie uratować, a nadal czuję napięcie, pojawia się niepokojąca myśl. „Może ze mną jest coś naprawdę nie tak”. Wtedy człowiek często nie zatrzymuje się, tylko wyznacza następny cel. Większy, trudniejszy, bardziej błyszczący. Psychika wchodzi na ruchomy chodnik, który jedzie, ale nie doprowadza do domu.

Błąd przybycia nie jest lenistwem

Warto powiedzieć jasno, że błąd przybycia nie oznacza, że człowiek jest naiwny, słaby albo rozpieszczony. Często widzę go właśnie u osób ambitnych, zdyscyplinowanych, inteligentnych i bardzo odpowiedzialnych. To ludzie, którzy potrafią zaciskać zęby, pracować ponad siły i dowozić wynik. Ich problemem nie jest brak motywacji. Nierzadko kłopotem jest nadmiar motywacji oderwanej od realnych potrzeb psychicznych.

Osoba w pułapce przyszłego szczęścia mówi sobie, że odpocznie później. Bliskość będzie później. Sen będzie później. Radość będzie później. Ciało ma poczekać. Relacje mają zrozumieć. Psychika ma wytrzymać. Życie zostaje potraktowane jak budowa autostrady, którą wolno będzie jechać dopiero po oficjalnym przecięciu wstęgi.

Tymczasem człowiek nie jest projektem inwestycyjnym. Nie można bez końca eksploatować układu nerwowego w imię przyszłego spokoju. Jeżeli droga do celu składa się z chronicznego napięcia, izolacji, pogardy wobec siebie i zaniedbywania podstawowych potrzeb, to samo dotarcie nie musi przynieść ulgi. Może przynieść wyczerpanie.

W gabinecie czasem słyszę zdania, które brzmią jak raport po bitwie. „Dostałem stanowisko, o które walczyłem, ale nie mam się z kim tym cieszyć”. „Schudłam, ale dalej nienawidzę swojego odbicia”. „Kupiłem mieszkanie, ale w środku nadal jestem w trybie przetrwania”. „Skończyłem studia, a czuję tylko lęk, co teraz”.

Nie lekceważę takich słów. One nie są fanaberią. To często pierwszy moment, w którym człowiek widzi, że sukces zewnętrzny i dobrostan psychiczny nie są tym samym zjawiskiem.

Przykład pierwszy, awans bez ulgi

Imiona i szczegóły w przykładach są zmienione, a historie mają charakter psychoedukacyjny.

Marek miał czterdzieści kilka lat i przez lata budował pozycję zawodową w dużej firmie. Mówił o sobie, że musi wreszcie „wejść poziom wyżej”. Pracował wieczorami, odbierał telefony w weekendy, rezygnował z urlopów. W jego wyobraźni awans miał być nie tylko zmianą stanowiska. Miał być dowodem, że jest ważny, bezpieczny i wreszcie szanowany.

Kiedy awans przyszedł, przez kilka dni czuł dumę. Potem pojawiło się napięcie. Zamiast spokoju przyszło więcej odpowiedzialności, więcej kontroli, więcej samotności decyzyjnej. Marek powiedział na jednej z konsultacji, że przez lata gonił coś, co po złapaniu zamieniło się w kolejną smycz.

Psychologicznie nie chodziło o to, że awans był zły. Problem polegał na tym, że Marek przypisał mu funkcję emocjonalnego zbawienia. Stanowisko miało dać mu poczucie wartości, którego wcześniej nie umiał stabilnie budować. W pracy zaczęliśmy więc oddzielać osiągnięcie od tożsamości. Awans mógł być faktem zawodowym. Nie musiał być wyrokiem w sprawie jego wartości jako człowieka.

To bardzo ważne rozróżnienie. Cel może poprawić sytuację, ale nie powinien być jedynym fundamentem JA.

Przykład drugi, ciało jako warunek życia

Anna zgłosiła się po serii intensywnych zmian związanych z masą ciała. Schudła dużo. Zmieniła garderobę, zaczęła słyszeć komplementy, poprawiły się wyniki badań. Z perspektywy zdrowotnej wydarzyło się wiele dobrego. Mimo to mówiła, że „w środku została ta sama”.

Przez lata wierzyła, że kiedy osiągnie wymarzoną wagę, stanie się odważna, spokojna i atrakcyjna. Wyobrażała sobie, że wtedy zniknie wstyd, a życie społeczne samo się otworzy. Niższa waga dała jej większą sprawność i satysfakcję, ale nie usunęła automatycznie lęku przed oceną, starych przekonań o sobie i trudności w bliskości.

Błąd przybycia bywa tu szczególnie bolesny, ponieważ kultura często sprzedaje ciało jako bilet do szczęścia. „Zmień sylwetkę, a zmieni się wszystko”. W praktyce zmienia się część doświadczenia. Reszta wymaga pracy psychologicznej, uczenia się życzliwości wobec siebie, regulacji emocji i budowania relacji bez ciągłego skanowania własnej niedoskonałości.

Nie mówię tego po to, by odbierać sens dbaniu o ciało. Wręcz przeciwnie. Ciało jest ważne, a zdrowie ma znaczenie. Chodzi o to, by nie robić z kilogramów kapłana, który ma udzielić rozgrzeszenia całemu życiu.

Przykład trzeci, związek jako port docelowy

Piotr przez długi czas powtarzał, że kiedy znajdzie partnerkę, przestanie czuć się samotny. W końcu wszedł w relację z osobą, którą naprawdę lubił. Początkowa euforia była silna. Po kilku miesiącach wrócił lęk, zazdrość, nadmierne analizowanie wiadomości i potrzeba ciągłego potwierdzania, że wszystko jest dobrze.

Piotr był rozczarowany sobą. Uważał, że skoro ma relację, powinien być szczęśliwy. W rozmowach pojawiło się jednak coś bardzo ważnego. On nie szukał tylko partnerki. Szukał końca własnego napięcia. Druga osoba miała stać się lekarstwem na historię odrzucenia, niepewność i nieumiejętność bycia samemu ze sobą.

Relacja może dawać bliskość, wsparcie i radość. Nie powinna jednak być jedynym regulatorem układu nerwowego. Kiedy człowiek oddaje drugiej osobie odpowiedzialność za swój spokój, miłość zaczyna pracować na etacie, którego nie jest w stanie udźwignąć.

W takim przypadku celem pracy psychologicznej nie było zniechęcenie Piotra do związku. Przeciwnie, chodziło o to, by mógł być w relacji mniej głodny, mniej przestraszony i mniej zależny od każdej mikroreakcji partnerki.

Co potwierdzają badania

Badania nad błędem przybycia nie zawsze używają tej konkretnej nazwy. W nauce częściej spotykamy pojęcia prognozowania afektywnego, impact bias, focalism, adaptation, goal self-concordance, intrinsic and extrinsic goals. Razem tworzą one bardzo sensowną mapę tego, dlaczego ludzie przeceniają szczęście po osiągnięciu celu.

Wilson i Gilbert opisali impact bias, czyli tendencję do przeceniania siły i trwałości przyszłych reakcji emocjonalnych. Człowiek przewiduje, że określone wydarzenie będzie miało większy emocjonalny ciężar, niż zwykle ma w realnym życiu. Dotyczy to zarówno wydarzeń przyjemnych, jak i trudnych. Sukces wydaje się przyszłym rajem. Porażka wydaje się przyszłą katastrofą. Potem przychodzi codzienność i okazuje się, że psychika włącza wiele procesów adaptacyjnych.

Kahneman i współautorzy opisali złudzenie ogniskowania, które dobrze tłumaczy, dlaczego jeden cel może urosnąć w głowie do rozmiarów całego życia. Kiedy myślę o pieniądzach, przeceniam wpływ pieniędzy na dobrostan. Gdy myślę o awansie, przeceniam wpływ awansu. Jeśli myślę o wyglądzie, przeceniam wpływ wyglądu. Nie dlatego, że te sprawy są bez znaczenia, lecz dlatego, że skupiona uwaga zwiększa ich psychologiczną głośność.

Klasyczne badanie Brickmana, Coatesa i Janoff-Bulman dotyczące zwycięzców loterii oraz osób po ciężkich wypadkach pokazało, jak skomplikowana jest relacja między wielkimi wydarzeniami a szczęściem. To badanie często bywa upraszczane w poppsychologii, dlatego trzeba je czytać ostrożnie. Nie mówi ono, że wszystko jedno, co nas spotyka. Pokazuje raczej, że ludzie adaptują się do zmian, a codzienna jakość doświadczenia nie wynika wyłącznie z jednego wielkiego wydarzenia.

Diener, Lucas i Scollon krytycznie zrewidowali prostą wersję teorii hedonicznego kołowrotka. Ich stanowisko jest ważne, bo chroni przed przesadą. Adaptacja istnieje, ale nie jest absolutna. Ludzie nie zawsze wracają idealnie do jednego stałego poziomu szczęścia. Niektóre zmiany życiowe mogą mieć długotrwały wpływ. Różnimy się temperamentem, zasobami, relacjami, zdrowiem, stylem radzenia sobie i kontekstem społecznym.

Teoria autodeterminacji Deciego i Ryana dodaje kolejny element. Nie każdy cel działa tak samo. Cele zgodne z potrzebami autonomii, kompetencji i relacji częściej wspierają dobrostan. Cele zewnętrzne, oparte głównie na statusie, uznaniu, wyglądzie, prestiżu lub pieniądzach, mogą dawać krótką satysfakcję, ale nie zawsze karmią głębsze potrzeby psychiczne.

Sheldon i Elliot pokazali znaczenie celów self-concordant, czyli zgodnych z osobistymi wartościami i rozwijającymi zainteresowaniami człowieka. Gdy cel jest naprawdę mój, a nie tylko pożyczony od rodziny, rynku, partnera, mediów społecznościowych albo lęku przed oceną, łatwiej o wytrwałość i większą satysfakcję po drodze.

Co mówią badania krytyczne

Uczciwa psychoedukacja nie może polegać na tym, że biorę atrakcyjne pojęcie i robię z niego magiczny klucz do wszystkiego. Błąd przybycia jest użyteczny, ale ma ograniczenia.

Po pierwsze, nie każde rozczarowanie po sukcesie jest błędem przybycia. Czasem człowiek po prostu jest przeciążony, wypalony, w depresji, w żałobie albo w stanie przewlekłego stresu. Wtedy zdanie „ciesz się drogą” może zabrzmieć jak elegancko podany brak zrozumienia. Jeżeli ktoś ma objawy depresyjne, bezsenność, napady lęku, myśli rezygnacyjne lub utratę zdolności odczuwania przyjemności, nie wystarczy rozmowa o celach. Potrzebna jest profesjonalna ocena stanu psychicznego.

Po drugie, badania nad adaptacją hedoniczną nie mówią, że warunki życia są nieważne. Ubóstwo, przemoc, choroba, wykluczenie, brak bezpieczeństwa i chroniczny stres mają realne konsekwencje. Nie wolno używać błędu przybycia do moralizowania osób, które walczą o podstawową stabilność. Dla kogoś, kto nie ma pieniędzy na rachunki, wyższy dochód naprawdę może oznaczać mniejszy lęk. Dla osoby w przemocowej relacji odejście naprawdę może być początkiem zdrowienia.

Po trzecie, psychologia pozytywna sama podlega krytyce. W literaturze wskazuje się czasem na uproszczenia, nadmierny indywidualizm, kult optymizmu i ryzyko ignorowania czynników społecznych. Jeżeli mówimy człowiekowi tylko „zmień nastawienie”, a pomijamy warunki pracy, przemoc, nierówności, chorobę, przeciążenie i brak wsparcia, robimy z psychologii ładnie opakowany korektor rzeczywistości.

Po czwarte, coaching i psychologia rozwoju osobistego bywają oskarżane o fetyszyzację celu. Cel SMART może być pomocny, ale może też stać się psychologiczną klatką. Szczególnie wtedy, gdy mierzalność wypiera sens, a skuteczność wypiera zdrowie. W niektórych sytuacjach lepszy jest cel uczenia się niż cel wyniku. Nie „muszę wygrać”, tylko „chcę rozwinąć kompetencję”. Nie „muszę natychmiast zbudować firmę”, tylko „chcę nauczyć się stabilnie prowadzić działanie bez niszczenia siebie”.

Dobra krytyka nie niszczy pojęcia błędu przybycia. Ona je oczyszcza. Dzięki niej widzę, że to zjawisko jest szczególnie przydatne tam, gdzie człowiek magicznie obciąża cel obietnicą trwałego szczęścia.

Coaching, cele i złudzenie mety

Coaching teoretycznie opiera się na wyznaczaniu i osiąganiu celów. W dobrej wersji nie jest jednak mechanicznym popychaniem człowieka do kolejnego wyniku. Profesjonalny proces powinien pomagać klientowi rozpoznać, czego naprawdę chce, po co tego chce, jakim kosztem chce to osiągnąć i czy wybrany cel jest zgodny z jego wartościami.

W praktyce rozróżniam dwa typy pracy z celem. Pierwszy nazwałbym coachingiem mety. Tam liczy się głównie wynik. Ile zarobisz. Ile schudniesz. Jak szybko awansujesz. Kiedy opublikujesz książkę. Drugi nazwałbym coachingiem drogi. W nim cel nadal istnieje, ale równie ważne są wartości, zasoby, styl działania, relacje, regeneracja i uczenie się siebie po drodze.

Błąd przybycia pojawia się wtedy, gdy coaching mety udaje pełną odpowiedź na życie. Człowiek realizuje plan, odhacza kroki, mierzy postęp, rośnie w produktywności i jednocześnie oddala się od siebie. To trochę jak jazda coraz szybszym samochodem bez sprawdzenia, czy droga prowadzi tam, gdzie naprawdę chcę dotrzeć.

Dobrze prowadzony proces coachingowy powinien pytać nie tylko o to, co chcesz osiągnąć. Powinien pytać także, kim się stajesz, kiedy to osiągasz. Co tracisz po drodze. Jakie potrzeby mają zostać zaspokojone przez ten cel. Czy cel jest Twój, czy odziedziczony. Czy po jego osiągnięciu będziesz miał życie, do którego warto wrócić.

W tym sensie coaching nie musi wzmacniać błędu przybycia. Może go rozbrajać. Warunek jest jeden. Cel nie może być bożkiem. Ma być narzędziem.

Jak odróżnić zdrowy cel od pułapki

Zdrowy cel nie obiecuje, że po jego osiągnięciu zniknie całe cierpienie. Daje kierunek, ale nie kradnie teraźniejszości. Pozwala działać, lecz nie wymaga pogardy wobec siebie. Może być ambitny, ale nie musi być przemocowy.

Pytam czasem pacjentów o kilka spraw. Czy ten cel wynika z wartości, czy z lęku. Czy droga do niego ma w sobie choć trochę sensu. A czy po osiągnięciu celu zostanie miejsce na relacje, zdrowie, sen i odpoczynek. Czy człowiek potrafi powiedzieć, co będzie dalej, jeśli cel zostanie osiągnięty. A czy umie też wyobrazić sobie siebie wartościowego, jeśli cel nie zostanie osiągnięty.

Pułapka pojawia się tam, gdzie cel ma magicznie naprawić JA. „Będę kimś, kiedy…”. „Zasłużę na miłość, jeśli…”. „Odpocznę dopiero po…”. „Poczuję spokój, gdy…”. Takie zdania są psychologicznymi czerwonymi lampkami. Migają jak neon w deszczu i mówią, że człowiek nie planuje tylko działania. On planuje warunkową zgodę na własne istnienie.

Zdrowiej brzmi inny język. „Chcę to zrobić, bo to dla mnie ważne”. „Ten cel jest zgodny z moimi wartościami”. „Mogę pracować nad sobą bez nienawiści do siebie”. „Chcę osiągnąć wynik, ale nie chcę stracić życia po drodze”. „Moja wartość nie zaczyna się na mecie”.

Praktyka codzienna bez odkładania życia

Nie proponuję rezygnacji z ambicji. Proponuję odzyskanie proporcji. Można chcieć awansu i jednocześnie nie składać na jego ołtarzu zdrowia, można chudnąć i jednocześnie uczyć się szacunku do ciała już teraz. A można szukać relacji i jednocześnie budować zdolność do samotności bez paniki. Można zarabiać więcej i jednocześnie nie wierzyć, że konto bankowe ma obowiązek zostać terapeutą.

W pracy z błędem przybycia pomocne są małe korekty.

Zamiast pytać tylko „co chcę osiągnąć”, pytam „jak chcę żyć, idąc w tę stronę”.

Lub zamiast pytać tylko „kiedy będę szczęśliwy”, pytam „jakie elementy dobrostanu mogę ćwiczyć już teraz”.

Zamiast pytać tylko „jaki wynik mnie uspokoi”, pytam „co we mnie wymaga troski niezależnie od wyniku”.

Albo zamiast pytać tylko „co muszę poprawić”, pytam „co już działa i zasługuje na uwagę”.

Taka zmiana języka nie jest kosmetyką. Słowa ustawiają uwagę. Uwaga ustawia emocje. Emocje ustawiają działanie. Jeśli całe życie opisuję jako poczekalnię, będę w nim siedział jak pasażer opóźnionego pociągu. Jeśli zacznę widzieć proces, relacje, ciało, wartości i sens, droga przestaje być martwym korytarzem do przyszłości.

Po co nam cele, skoro meta nie zbawia

Cele są potrzebne, ponieważ człowiek potrzebuje kierunku. Bez celu łatwo dryfować. Nadmiar celów może jednak zamienić życie w tabelę wyników. Prawdziwa sztuka polega na tym, by mieć cele, ale nie oddawać im duszy w depozyt.

Jako psycholog patrzę na błąd przybycia jak na subtelną formę ucieczki od teraźniejszości. Człowiek nie zawsze ucieka w alkohol, seriale, pracę czy zakupy. Czasem ucieka w lepszą wersję przyszłości. Ta wersja jest tak jasna, że dzisiejsze życie wydaje się tylko szkicem. Tyle że życie nie zaczyna się po awansie, po ślubie, po redukcji masy ciała, po kredycie, po publikacji książki, po remoncie i po idealnym wyniku.

Życie dzieje się teraz, również wtedy, gdy jest niegotowe, pokrzywione, w trakcie, z nieodebranym telefonem, z bałaganem na biurku i z planem, który jeszcze nie umie chodzić prosto.

Błąd przybycia nie mówi, że sukces jest pusty. Mówi raczej, że sukces nie powinien być jedynym miejscem, w którym wolno nam oddychać.

Kiedy warto porozmawiać z psychologiem

Warto szukać pomocy, jeśli po osiągnięciu ważnego celu pojawia się długotrwała pustka, drażliwość, utrata sensu, bezsenność, lęk, poczucie winy, spadek nastroju albo przymus natychmiastowego szukania kolejnego celu. Warto też porozmawiać, gdy zauważasz, że całe Twoje życie zaczyna układać się wokół zdania „będę dobrze się czuł dopiero wtedy”.

W pracy psychologicznej można bezpiecznie sprawdzić, co naprawdę kryje się pod celem. Czasem jest tam zdrowa ambicja. Niekiedy ukrywa się lęk przed odrzuceniem. Często pojawia się stara potrzeba uznania. Bywa też zmęczenie, którego człowiek nie chce uznać, bo boi się, że jeśli zwolni, rozpadnie się cały system.

Nie trzeba niszczyć ambicji, żeby odzyskać siebie. Można nauczyć się stawiać cele tak, by służyły życiu, a nie zastępowały życie.

Jeżeli czujesz, że gonisz za kolejną metą, a po drodze tracisz spokój, relacje, radość albo kontakt ze sobą, zapraszam do mojego gabinetu online. Konsultacje psychologiczne można umówić przez mój profil w portalu ZnanyLekarz. Pracuję z osobami, które chcą lepiej zrozumieć siebie, swoje cele, napięcie, wypalenie, ADHD, relacje, stres i mechanizmy psychologiczne stojące za codziennymi decyzjami.

Robert J Błaszczyk

Źródła wykorzystane w tekście

Ben-Shahar, T. (2007). Happier. Learn the Secrets to Daily Joy and Lasting Fulfillment. McGraw-Hill.

Brickman, P., Coates, D., Janoff-Bulman, R. (1978). Lottery winners and accident victims. Is happiness relative. Journal of Personality and Social Psychology, 36(8), 917–927.

Corbu, A., Peláez Zuberbühler, M. J., Salanova, M. (2021). Positive Psychology Micro-Coaching Intervention. Effects on Psychological Capital and Goal-Related Self-Efficacy. Frontiers in Psychology, 12, 566293.

Deci, E. L., Ryan, R. M. (2000). The what and why of goal pursuits. Human needs and the self-determination of behavior. Psychological Inquiry, 11(4), 227–268.

Diener, E., Lucas, R. E., Scollon, C. N. (2006). Beyond the hedonic treadmill. Revising the adaptation theory of well-being. American Psychologist, 61(4), 305–314.

Gilbert, D. T., Pinel, E. C., Wilson, T. D., Blumberg, S. J., Wheatley, T. P. (1998). Immune neglect. A source of durability bias in affective forecasting. Journal of Personality and Social Psychology, 75(3), 617–638.

Grant, A. M. (2003). The impact of life coaching on goal attainment, metacognition and mental health. Social Behavior and Personality, 31(3), 253–263.

Kahneman, D., Krueger, A. B., Schkade, D., Schwarz, N., Stone, A. A. (2006). Would you be happier if you were richer. A focusing illusion. Science, 312(5782), 1908–1910.

Kasser, T., Ryan, R. M. (1996). Further examining the American dream. Differential correlates of intrinsic and extrinsic goals. Personality and Social Psychology Bulletin, 22(3), 280–287.

Locke, E. A., Latham, G. P. (2002). Building a practically useful theory of goal setting and task motivation. A 35-year odyssey. American Psychologist, 57(9), 705–717.

Locke, E. A., Latham, G. P. (2006). New directions in goal-setting theory. Current Directions in Psychological Science, 15(5), 265–268.

Müller, A. A., Kotte, S. (2020). Of SMART, GROW and goals gone wild. A systematic literature review on the relevance of goal activities in workplace coaching. International Coaching Psychology Review, 15(2), 69–97.

Niemiec, C. P., Ryan, R. M., Deci, E. L. (2009). The path taken. Consequences of attaining intrinsic and extrinsic aspirations in post-college life. Journal of Research in Personality, 43(3), 291–306.

Sheldon, K. M., Elliot, A. J. (1999). Goal striving, need satisfaction, and longitudinal well-being. The self-concordance model. Journal of Personality and Social Psychology, 76(3), 482–497.

Van Zyl, L. E., Gaffaney, J., Van der Vaart, L., Dik, B. J., Donaldson, S. I. (2024). The critiques and criticisms of positive psychology. The Journal of Positive Psychology, 19(2), 206–235.

Van Zyl, L. E., Roll, L. C., Stander, M. W., Richter, S. (2020). Positive psychological coaching definitions and models. A systematic literature review. Frontiers in Psychology, 11, 793.

Wilson, T. D., Gilbert, D. T. (2003). Affective forecasting. Advances in Experimental Social Psychology, 35, 345–411.

Share this content:

Opublikuj komentarz